billie_mike_gilmans

Larry Livermore o swoich początkach ze Sweet Children

Oglądałem [ich] zza sceny, na początku nie zwracając w pełni uwagi. Ale gdy już skończyli pierwszą piosenkę, byłem całkowicie skoncentrowany. Widywałem wcześniej taki styl, ale tylko na ogromnych, wypchanych halach albo na stadionach w czasie koncertów grup na szczycie kariery. Szesnastoletni Billie Joe emanował niewymuszoną, właściwą gwiazdom pewnością siebie, lekko, jednak nie całkiem równoważoną przez nieśmiałość i przytłumioną pokorę.

Przerywał co kilka piosenek, aby podziękować maleńkiej publiczności, śpiewał i grał zupełnie jakby nie robił nic innego przez całe życie – co, jak się później dowiedziałem, nie było dalekie od prawdy. Później, idąc w moją stronę, lekko rzucił: No i co myślisz?

Mogłem odpowiedzieć tylko jedno: Chłopaki, chcę z wami nagrywać.

Dopiero zaczynali – to mógł być ich trzeci lub czwarty występ – ale widziałem i słyszałem wszystko, co chciałem. Byli jak nowoczesna, odświeżona, punk rockowa wersja Beatlesów. Naprawdę mogą stać się wielcy, myślałem. Głupia gadanina? Oczywiście. Ale w tamtym momencie była idealna i zdecydowanie miała sens.

The Lookouts nie grali tamtego wieczoru; kiedy Sweet Children skończyli, było około północy, a nasza „publiczność” narzekając, że będzie miała problemy z rodzicami, zwinęła się i wyniosła do domów. W czasie długiej drogi powrotnej do Spy Rock, szukając jakiejś nietrzeszczącej stacji radiowej i dziękując za przyzwoite ogrzewanie w mojej furgonetce, nawet nie przypuszczałem jak wydarzania z tej nocy wpłyną na moje życie.

I wszystko się zmieniło. Nie od razu, nie w oczywisty, widoczny sposób, ale maszyna już ruszyła. Życie w Spy Rock płynęło spokojnie i cicho przez resztę 1988 roku, który niezauważalnie przeszedł w  1989. Ledwo zauważyłem nadejście zimy; wiosna niosła ze sobą wielkie nadzieje.

Nagrania Sweet Children były prawie gotowe. Weszli do studia pod koniec roku, a w marcu mieliśmy wszystko przygotowane na czteropiosenkową EP’kę. Mieliśmy właśnie drukować okładki i etykietki, kiedy najzwyczajniej w świecie poinformowali mnie, że zdecydowali się zmielić nazwę na Green Day.

Wkurzyłem się. Za późno – powiedziałem im – nie ma czasu na przerabianie wszystkiego. Poza tym – dodałem – w jaki sposób mam niby sprzedać pracę zespołu, o którym nigdy nikt nie słyszał? Green Day – wyśmiewałem ich – co to w ogóle ma znaczyć?

 

Tłumaczenie: Aleksandra

Watson

Kiedyś przypominał punka, aktualnie ewoluowała w informatyczną formę korposzczura. Zielonego korposzczura. Grafik amator, czujący miętę do bezpieczeństwa IT. W wolnym czasie zbiera zdjęcia Greena, koncentrując się na skarpetkach i sukienkach Billiego oraz włosach Jasona. Dodatkowo zabija różne stwory w Fereldenie, Temerii i Fearunie.