„Nie można udawać politycznej furii.” – Spiegel Online – 25.09.2012 r.

Od przyjemnego punku do rockowej opery i na odwrót. Green Day właśnie wydaje trzy nowe płyty z imprezowymi piosenkami. Wokalista Billie Joe Armstrong wyjaśnia w wywiadzie, dlaczego w wieku 40 lat dalej jest punkiem, co sądzą o tym jego synowie oraz dlaczego nie strzela z rękawa politycznymi piosenkami.

 

Panie Armstrong, ostatnie dwie płyty Green Day były politycznymi oświadczeniami oraz ukazywały krytyczny stan amerykańskiego społeczeństwa. Teraz w ciągu kilku kolejnych miesięcy wydacie państwo trzy nowe płyty, które powinny bawić. Zniknęła ochota na politykę?

To był czas powrotu do korzeni, do dźwięku klasycznego Green Day’a. Całkiem szczerze, wydanie kolejnej rock opery byłoby dość nudne. Chyba jest to część naszej ewolucji, albo inaczej, „¡Uno!” nawiązuje do płyt takich jak „Dookie” czy „Kerplunk” i poprzez trzyminutowe piosenki pokazuje, w jakim miejscu znajduje się teraz zespół.

 

I to doprowadziło do ogromnego projektu, jakim jest wydanie potrójnego albumu?

Haha, tak, po tym jak napisałem dwie, trzy nowe piosenki, weszliśmy bardzo odprężeni do studia. Moja żona powiedziała „Wow, jak to świeżo brzmi!”. Postanowienie, które sami zrobiliśmy, mówiło, że gramy bez zastanowienia, żaden tam „Władca Pierścieni” – epos! Na końcu mieliśmy więcej niż trzydzieści piosenek i z szalonym pomysłem wydania tych albumów jeden po drugim, wróciliśmy jednak w pewien sposób do konceptu.

 

Czy ten ponowny zwrot ku prostemu dźwiękowi miał coś wspólnego z tym, że niedawno skończyłeś czterdzieści lat?

Z pewnością, ale raczej w pozytywnym sensie. Uważam za ważne i odprężające, aby spojrzeć w przeszłość i znaleźć odpowiedź, jak mógłby wyglądać następny rozdział w życiu. Jednocześnie pracowałem z wiele młodszymi zespołami jak The Biters czy Best Coast, które przypominały mi siebie samego sprzed wielu, wielu lat. To wzbudziło na nowo moją pasję dla muzyki, po prostu, bez rozmyślania nad tym. Wyjdź i zagraj!

 

Czy stracił pan tą pasję przez te lata?

Może nie zgubiłem, ale „American Idiot” i „21st Century Breakdwon” były bardzo refleksyjnymi albumami. Nie chciałem politycznej tematyki, ponieważ musiałbym wtedy cały czas zachowywać poprawność polityczną. Chciałem jeszcze raz napisać o imprezach i seksie oraz o całkiem osobistych wspomnieniach.

 

Stany Zjednoczone znajdują się teraz w samym środku zażartej kampanii wyborczej (w chwili przeprowadzania wywiadu w USA trwała kampania wyborcza, Barak Obama walczył o głosy z Mittem Romney’em – przypomina Watson), kraj jest podzielony tak jak nigdy, a Państwo wydają trzy rock’n’rollowe albumy dotyczące przyjemności. Nie zdziwiłby się pan, będąc politykiem?

No tak, nie mogłem tego tak zostawić. Na trzeciej płycie znajduje się piosenka, która nazywa się „99 Revolutions” i mówi ona o Ruchu Oburzonych. Pierwotny pomysł jest genialny: gdy coraz więcej ludzi z klasy średniej traci pracę lub jest zagrożonych biedą, wtedy trzeba opodatkować bogatych. Całkiem proste. Konserwatyści, na przykład członkowie TEA Party (pol. Partia Już Wystarczająco Opodatkowanych – przyp. Watson) uważają to za niepatriotyczne. To jest nie do pojęcia, gdy ktoś, kto nie może zapłacić rachunku za wizytę u lekarza, nie będzie w stanie założyć własnego przedsiębiorstwa, przez co znowu nie wspomoże wzrostu gospodarczego. Ameryka jest w tym momencie bardzo pogmatwanym krajem.

 

Republikanie mówią o socjalizmie, kiedy wypowiadają się o polityce zdrowotnej prezydenta Obamy.

Ach, oni w ogóle nie wiedzą, czym jest socjalizm! W ogóle denerwuje mnie brak szacunku wobec prezydenta. Jakaś osoba przerywa swoimi okrzykami przemowę Obamy, on jest ciągle obrażany. Wątpiono nawet, czy jest naprawdę Amerykaninem. Nigdy dotąd tak nie było, nawet gdy George W. Bush był jeszcze prezydentem a ja sam, bądź co bądź, mówiłem o nim bardzo złe rzeczy. To jest czysty rasizm, który się tutaj objawia. Gdyby Obama był biały, nie byłby tak atakowany, tego jestem pewien.

 

Teraz brzmi Pan na całkiem rozgniewanego i zaangażowanego. Znajduje się jednak jakaś polityczna piosenka na trzech albumach?

Do politycznych piosenek musi istnieć autentyczna inspiracja i przy „99 Revolutions” miałem właśnie ten nastrój. Ale co powinienem był zrobić? Tym razem chciałem pisać o osobistych sprawach. Mogłem przecież nie udawać swojej politycznych furii w tekstach, ale z pewnością zostałoby to od razu zauważone przez naszych fanów. Zgodnie z mottem: teraz chcę zarobić pieniądze poprzez swoją polityczną postawę, albo co? Poprzez swoje dwa albumy przedstawiliśmy nasze stanowisko: wszyscy wiedzą, że jesteśmy lewicowym zespołem. Ale to, co robimy, musi zawsze być autentyczne.

 

Nie trzeba nazwać tego kryzysem wieku średniego, ale nie jest to ryzykowne, że chcieliście wspomnieć czasy dzikiego punk rocka z okresu wydania odnoszącego sukcesu Dookie? Bądź co bądź to 20 lat.

Tak, nie można zaprzeczyć, że od tamtej pory upłynęło sporo czasu. Teksty są jednak też o czymś bardziej niepowierzchownym niż wówczas. Pod tym względem „iUno!” jest raczej starszym kuzynem „Dookie”. Przede wszystkim chodziło nam o to, aby zobaczyć, czy potrafimy jeszcze z łatwością wejść do pokoju ćwiczeń, aby samemu jammować. Z tym samym poziomem energii co kiedyś. Okazało się, że jesteśmy teraz bardziej jednością niż zespołem. Jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi, prawie jak bracia. Dzieci Mike’a Dirnta mówią do mnie wujku Billie. Sądzę, że tę rodzinną atmosferę czuć na nowych płytach.

 

Ma pan dwóch nastoletnich synów. Czy jest to dla nich czasem dziwne, gdy tata w krótkiej kurtce skórzanej oraz z punkową fryzurą kreuje się na młodzieńczą gwiazdę rocka?

Ach, w naszym domu cały czas tak czy owak panuje nastoletnie szaleństwo. W ogóle nie zwracam na to uwagi. Przyjaciele Joey’a i Jakoba cały czas opierniczają się u nas. Robimy wiele rzeczy wspólnie. Na przykład wybudowałem w ogrodzie rampę skateboardową, z której wszyscy korzystamy. Obaj są także muzykami. Jeoy ma swój zespół, Emily’s Army, a młodszy często pyta mnie o rady.

 

Nie ma konfliktu pokoleń w domu Armstrongów?

Na razie nie. Cudownie, że obaj tworzą muzykę, ponieważ to umożliwia nam komunikację między ojcem a synami, która zazwyczaj jest trudniejsza. Chwytamy za gitary i wspólnie jammujemy. To sprawia swoistą wspólnotę.

 

Mimo to, jak długo jest to wiarygodne? Rockowe ubrania, punkowa postawa.

Ach, teraz idzie mi całkiem dobrze… gdy nie piję za dużo. Problem jest tylko wtedy, gdy gniewny młody człowiek staje się starym zgorzkniałym skurwysynem. To w ogóle dla mnie nie wchodzi w rachubę. Chcę koniecznie próbować utrzymać kontakt z młodymi, aby usłyszeć, co robi nowe pokolenie, aby przekazać im naszą energię. Trochę jak mentor. To byłaby rola, która mi się podoba. Tak długo jak gdzieś tam jest zespół w wieku takim jak nasz, nie widzę przyczyny, aby skończyć.

 

Wywiad został przeprowadzony we wrześniu 2012, jeszcze przed incydentem na iHeart Radio Festiwal oraz odwykiem Billie’ego Joe Armstronga.

Tłumaczenie: Watson

Watson

Kiedyś przypominał punka, aktualnie ewoluowała w informatyczną formę korposzczura. Zielonego korposzczura. Grafik amator, czujący miętę do bezpieczeństwa IT. W wolnym czasie zbiera zdjęcia Greena, koncentrując się na skarpetkach i sukienkach Billiego oraz włosach Jasona. Dodatkowo zabija różne stwory w Fereldenie, Temerii i Fearunie.