„Droga powrotna z piekła”, „Rolling Stone” 03/13

Armstrong mówi, opadając na kanapę w studiu Green Day’a w Jingletown, dzielnicy Oakland. „Nigdy nie chciałem być gościem, który mówi o uzależnieniu. Ostatnią rzeczą jaką chcę, to czyjekolwiek współczucie. Nie chcę, żeby się nade mną użalano”

Armstrong, wokalista, gitarzysta i główny autor tekstów Green Day’a zaczyna drugi dzień emocjonalnej, szczerej rozmowy o ostatnich sześciu miesiącach z jego życia; jego gwałtownym załamaniu na wrześniowym iHeart Radio Music Festiwal w Las Vegas; jego drodze na odwyk od alkoholu i leków na receptę; odwołanej trasie i katastrofalnym wpływie tego na sprzedaż trzech nowych albumów Green Day’a „¡Uno!”, „¡Dos!” i „¡Tre!” oraz ciężkiej próbie, której poddana była jego długoletnia przyjaźń z basistą Mikiem Dirntem i perkusistą Tre Coolem.

„W ogóle tego nie analizowałem” przyznaje Armstrong, biorąc kawałek muffina na lunch. W rozmowie są częste i ciężkie pauzy, gdy wciąż przeżywa swoją drogę wyjścia z problemu. W jego głosie słychać zdrowe poirytowanie, jako że zastanawia się nad swoją przeprawą, wpływem tego na jego rodzinę – żonę Adrienne i dwóch nastoletnich synów, Joey’a i Jakoba – i jego przyszłość. Green Day wraca na scenę w marcu, grając koncerty w Ameryce Północnej oraz występując na festiwalach i stadionach w Europie w środku lata.

„Po naszym pierwszym wywiadzie myślałem ‘Mówiliśmy za dużo o uzależnieniu’” mówi Armstrong. „Jestem ponadto, ponad całe to gówno. To wypadek. Zdarza się. Reszta to historia. Mamy tyle ważnych rzeczy do zrobienia. Mam rodzinę, o którą muszę się troszczyć. Mam mój zespół. Jestem człowiekiem z szalonymi pomysłami. Zawsze będę. I to przysłoni wszystko związane z moimi problemami z uzależnieniem”.

W kapeluszu, wąskich czarnych dżinsach lekko rozerwanych na kolanach i z czarnym jak węgiel eyelinerem Armstrong, który 17 lutego skończył 41 lat nadal wygląda i kręci się na siedzeniu jak punk-rockowy dzieciak, wściekły, elokwentny chochlik stojący za największymi albumami Green Day’a: ich przełomowym „Dookie” z 1994 roku i operowym granatem „American Idiot” z 2004 roku. Ale ten Armstrong, który zjawił się w Las Vegas 21 września na koncercie dla iHeart Radio – części międzynarodowej trasy i promocji nowych albumów Green Day’a – był bałaganem: porcją niekontrolowanej kombinacji pigułek na stany lękowe i bezsenność, dopełnioną długą historią ciężkiego picia.

Za kulisami przed występem Green Day’a „Wziąłem go na stronę” wspomina Dirnt „i powiedziałem mu: ‘Stary, musisz zrobić sobie przerwę od picia’. W momencie kiedy wszedłem na scenę, pomyślałem ‘To się źle skończy’. Jesteśmy znani jako całkiem zajebisty zespół. On nie był w stanie grać na gitarze”. Zamiast tego, Armstrong rozwalił swój instrument po naładowanej wulgaryzmami tyradzie przeciwko imprezie (promowanej przez Clear Channel) i krótkiemu czasowi występu. 24 września Armstrong rozpoczął miesięczny program odwyku jako pacjent leczony ambulatoryjnie.

„Mnóstwo z tego zaczęło się w czasie 21st Century Breadown [2009 rok]” przyznaje Armstrong. „W tej trasie były wielkie załamania”. W 2010 roku w Peru podczas przemowy przeciw technologii, Armstrong krzyknął: „Nie mogę się doczekać, gdy Steve Jobs umrze na pieprzonego raka”. Jobs zmarł rok później. „To było naprawdę głupie” mówi Armstrong, wzdrygając się. „Dużo działo się tego gówna”.

Podczas odwyku Armstrong miał tylko, jak on to nazywa, „pół-kontakt” z Dirntem i Coolem. „Napisałem jemu i Adrienne kilka listów, wyjaśniających jak się czułem, jak byłem zaniepokojony i dumny z niego” mówi Dirnt, lat 40. Jakiś czas później, jak opowiada w tym wywiadzie Armstrong, dwaj przyjaciele – którzy grali razem odkąd skończyli 12 lat – niespodziewanie wpadli na siebie przy kawie w Oakland. „Billie przeprosił mnie z głębi jego serca” mówi Dirnt. „To było po prostu dwóch starych przyjaciół na ławce w parku. Mam nadzieję, że będę siedział z nim na parkowej ławce, kiedy będę stary, karmiąc pieprzone ptaki i rozmawiając”.

Armstrong określa zasady swojego powrotu do zdrowia jako „medytację przez modlitwę” połączoną ze spotkaniami i zwykłym poczuciem umiaru. „Jedziemy w tą trasę i upewniamy się, że zrobiliśmy wszystko co możemy, gdzie wszyscy czują się zdrowi, bezpieczni i szczęśliwi” mówi. „Zobaczymy, co będzie potem”. Zaczął już pisać nową muzykę i wspomina o dwóch nadchodzących kamieniach milowych w 2014: 10 i 20 rocznicy, odpowiednio American Idiot i Dookie. „Jest o czym pomyśleć” zauważa, śmiejąc się.

Pod koniec naszej drugiej sesji, zapytałem Armstronga, czy nie jest winny jeszcze jednych przeprosin: dla fanów Green Day’a, którzy oglądali lub czytali o jego wybuchu w Las Vegas. „Zawiodłem ich” odpowiada bez ogródek Armstrong. „Incydent w Vegas – niektórzy go kochają, inni nienawidzą. Wiem, że nie zamierzam do tego powracać. Nie chcę, żeby moi fani kiedykolwiek jeszcze oglądali tą część mnie”
„Chcę dawać dobre koncerty” deklaruje. „Chcę być niezawodny. I planujemy być niezawodni”.

Kiedy spotkaliśmy się w czerwcu, podczas procesu miksowania nowych nagrań, wydawałeś mi się normalny – podekscytowany i energiczny. Jak naprawdę się czułeś? 

Szczerze mówiąc, byłem dosyć szczęśliwy. To były najlepsze chwile jakie mieliśmy podczas nagrywania. To był wielki, wesoły projekt z mnóstwem przyjaciół. Potem, zaraz gdy skończyliśmy miksować nagrania, dowiedziałem się, że umarła moja ciotka. Musiałem wrócić do domu. Pomogłem kuzynowi zapłacić za pogrzeb. Moja ciotka – siostra mojej mamy – była ważną osobą w mojej rodzinie. Dość mocno mnie to uderzyło.

Potem zacząłem być przytłaczany. Byliśmy pod presją każdego dnia. Była trasa koncertowa. Myśleliśmy o kolejnej trasie i jeszcze następnej. Byłem zbyt obciążony i przemęczony. Myślałem „Mój Boże, czuję się tak, a jeszcze nie wyszło pierwsze nagranie.”

Jakie leki brałeś?

Nie chcę tego mówić. Były na receptę – na stany lękowe i sen. Zacząłem łączyć je do momentu, w którym nie wiedziałem, które leki biorę na dzień, a które na noc. To była po prostu rutyna. Mój plecak brzmiał jak wielka dziecięca grzechotka [od wszystkich fiolek, które były w środku].

Ile piłeś? Co rozumiesz przez ciężko? 

Niektórzy ludzie mogą wyjść, wypić parę drinków, mogą zdecydować się lub nie. Nie mogłem przewidzieć, gdzie skończę pod koniec nocy. Budziłem się w obcych domach na kanapie. Nie pamiętam [jak się tam znalazłem]. Kompletna utrata świadomości.

Starałem się być trzeźwy od 1997, w okolicy wydania Nimroda. Ale nie chciałem uczestniczyć w żadnych programach. Czasami, będąc pijanym, myślisz, że możesz wziąć na siebie cały świat. To była kropla, która przepełniła czarę. Nie miałem już wyboru.

Picie było sporą częścią oryginalnego wizerunku Green Day’a – trzech gości robiących świetne punkowe nagrania z trzema butelkami i sześciopakiem. 

Lub palenie. Byliśmy totalnymi palaczami marihuany – stąd [nazwa] Green Day. Zawsze byliśmy pijakami. Nasze ulubione kapele były pijakami. Dorastając w okolicy [abstynenckiego klubu] Gilman Street, piliśmy za krzakami, dopóki nie zaczęli wpuszczać nas do barów.

Często byłem pijany na scenie. Wszędzie wypijałem od dwóch do czterech piw i kilka drinków zanim wszedłem na scenę, później dawałem koncert i piłem resztę wieczoru w autobusie. Zasypiałem, budziłem się następnego dnia, czułem jak gówno, robiłem próbę… Pod tym względem byłem funkcjonującym alkoholikiem.

Były jakieś znaki ostrzegawcze w drodze do Las Vegas?

To zabawne, bo był pewien incydent w Anglii. Graliśmy kilka koncertów w Europie. W tamtym czasie byłem na szczycie mojego brania tabletek, faszerowałem się cholernymi lekarstwami, ponieważ nie mogłem spać. Pojechaliśmy do Japonii, pojechaliśmy do Anglii, robiliśmy zygzaki wszędzie.

Pewnej nocy zadzwoniłem do mojego przyjaciela, który był w hotelu w pokoju obok. Powiedziałem „Chodź, napijemy się kawy”. Jest siódma rano, a ja „Po prostu wezmę wszystko, nie mogę spać”. To była normalna rozmowa, tak jak rozmawiamy teraz. Później siedzę w moim pokoju i dostaję smsa od mojego managera „Zejdź na dół, musimy pogadać o Reading Festiwal”.

Zszedłem na dół, on tam siedział i wypalił: „Wsiadamy do samolotu. Odwołujemy resztę tej trasy, a ty idziesz na odwyk”. Moja reakcja była w stylu „Co? O czym ty do cholery mówisz? Nie zrobię tego”.

Rozmawialiśmy o tym później. Dotarliśmy do teatru w Londynie, gdzie mieliśmy grać koncert.
Powiedziałem: „Nie chcę odwoływać tych występów. To po prostu nie może się wydarzyć. Powiem ci coś. Jak tylko dojedziemy do domu, kiedy skończymy z prasą i tym wszystkim, w następnym tygodniu po festiwalu iHeart Radio, pójdę na odwyk. Ale nie mogę odwołać nic z tych rzeczy teraz”.

Okazało się, że byłem tydzień do przodu z programem.

Tydzień przed incydentem w Las Vegas widziałem Green Day w Irving Plaza w Nowym Jorku. To był wspaniały koncert – 40 piosenek przez prawie ponad trzy godziny. Wyglądałeś, jakbyś tańczył na skraju kontroli. Dużo piłeś i pamiętam, że myślałam „Może łatwo się zdenerwować”. 

To była nowojorska trema. Strzeliłem sobie cztery czy pięć piw zanim weszliśmy na scenę i pewnie cztery lub pięć, gdy graliśmy. Potem przekroczyłem normę, jaką może znieść moje ciało. Skończyłem skacowany na West Side Highway, leżąc w małym parku.

Było mnóstwo koncertów, gdzie zdecydowanie przekroczyłem linię pomiędzy tym, co jest kontrolowane, a co nie. Lubię to uczucie, gdy chodzisz w powietrzu. To jak latanie – i zagrożenie. Ale ten koncert zbiegł się z 30 rocznicą śmierci mojego ojca [Andrew Armstrong zmarł na raka w 1982, gdy Billie miał 10 lat]. To mnie przytłoczyło. Skończyliśmy występ z Wake Me Up When September Ends [napisaną o jego ojcu]. To był dość ciężki wieczór.

Jednak w Las Vegas zupełnie straciłeś kontrolę. 

Gdy tylko wylądowałem w Las Vegas, byłem w złym humorze. Szczerze mówiąc w dużej mierze spowodowane było to ustalaniem setlisty. Powinienem był myśleć o tym jak o występie telewizyjnym, a nie koncercie. Myślałem „W jaki sposób mogę przenieść tą mentalność, tego ducha z Irving Plaza, by zagrać po Usherze?” I nie potrafiłem. Powiedziałem do Adrienne: „Co myślisz o set liście?”. Potem zapytałem Mike’a: „Co o tym sądzisz?”. Pamiętam uczucie w stylu „Co do jasnej cholery tutaj robię?”

Naprawdę się wkurzyłem. Poszedłem w miejsce, gdzie [gitarzysta] Jason White jadł lunch z kieliszkiem wina. Starałem się nic pić. Ale byłem już naładowany mnóstwem prochów, więc stwierdziłem „Chyba napiję się trochę wina”. I właśnie wtedy w pewnym momencie po prostu [wyłamuje sobie palce] odpłynąłem. Straciłem świadomość.

Pamiętam drobne rzeczy – drogę na koncert, obecność za kulisami, próby wytrzeźwienia. Pamiętam, że widziałem tablicę, na której odliczano w dół 15 minut – klik, klik, klik. Potem wyszedłem na scenę i byłem nawalony resztę wieczoru. Następnego ranka gdy obudziłem się, zapytałem Adrienne: „Jak źle było?”. Odpowiedziała: „Jest źle”. Zadzwoniłem do mojego managera. Powiedział: „Wsiadasz do samolotu, wracasz do Oakland i natychmiast idziesz na odwyk”. Powiedziałem: „W porządku”.

Jak myślisz, jak długo mieliście grać? 

Słyszałem o 15 minutach. Adrienne myślała, że pół godziny. Zazwyczaj gramy przez dwie i pół, trzy godziny. W piętnaście minut niewiele się spocę. Powinienem po prostu zagrać kilka piosenek i tyle.

Moja siostra Anna oglądała to [w Internecie]. Zawołała moją drugą siostrę i mamę, która tam była. Myślała coś w stylu „Co tam się dzieje?”. Moja mama powiedziała: „On jest pijany!” [śmieje się z zakłopotaniem]

Czy pamiętasz coś z tego co powiedziałeś lub zrobiłeś na scenie? 

Nie. Ludzie trochę mi przypomną. Albo zobaczę zdjęcia. I to mnie denerwuje. Co powiedziałem czy zrobiłem – to mnie tak naprawdę nie obchodzi. Ale fakt, że to nie byłem ja. Nie jestem tą osobą. Nie chcę taki być.

Piję do urwania filmu. To właśnie się stało. Czasami ludzie gadają o tym, a ja mówię „Tak, tak”. Ale to jak amnezja.

Czy rozważasz obejrzenie nagrania jako część twojej rehabilitacji? 

Nie. Nie mogę o tym myśleć. To był mój ostatni drink. Jest udokumentowany – to dobrze. Za każdym razem, gdy chcę się napić, mogę o nim pomyśleć.

Gwiazdorstwo wiąże się z przywilejem mówienia „nie”. Dlaczego nie odrzuciłeś oferty koncertu, kiedy się pojawiła? 

Zrobiłbym to, gdybym miał więcej rozsądku. Szaleństwo przychodzi przed alkoholem. Kiedy patrzysz na coś na kartce papieru, wygląda to na zasadzie „Och, to 20 rzeczy, które robimy”. Ale potem kończysz w jakimś miejscu, gdzie czujesz się zupełnie niezręcznie.

Granie tego koncertu na trzeźwo – może byłbym w stanie to polubić. Są szanse, że jednak nie zrobiłbym tego. Ale ważne jest, żeby ten gatunek muzyczny był reprezentowany. Tam gdzieś są dzieciaki, które potrzebują tej muzyki i lekcji historii, która, jak mamy nadzieję, popłynie wraz z nią. Jeśli jakiś dzieciak weźmie płytę Green Day, są duże szanse na to, że sięgnie też po płytę Ramones. Dobrze jest być dziwakiem w eterze muzyki pop.

Graliśmy takie rzeczy, że zastanawialiśmy się potem „Uch, dlaczego my to zrobiliśmy?”. Ale to jest równocześnie część naszej ambicji. Zrobienie musicalu na Broadwayu – nigdy nie myślałem, że to zrobimy. Może pomyślałem o iHeart Radio…. Nawet nie wiem, szczerze mówiąc, co to jest. To było mainstreamowe show, które przebiegło strasznie.

Konsekwencje – włączając kilka miesięcy odwołanych i przesuniętych koncertów – boleśnie odbiły się na sprzedaży waszych trzech nowych płyt. Nie było zespołu do promowania ich. 

To było naprawdę dziwne. Przechodzenie przez głód narkotykowy i oglądanie premiery „¡Uno!” nie było tym, o czym konkretnie myślałem. Ale nie sądzę, że te 3 płyty są niepowodzeniem. Najważniejsze dla mnie jest duch rock & rolla. To jest ważniejsze od wszystkiego innego, czym są sprzedaże. Słucham „99 Revolutions” [z „¡Tre!] i myślę, że jest to jedna z najlepszych rzeczy, które kiedykolwiek napisałem.

Pamiętam, że wszyscy mówili, że płytą „Give ‚Em Enough Rope” The Clash się sprzedał. Dajcie mi przerwę! Są trendy i tak dalej, a my przeszliśmy już przez to. Po wydaniu „Dookie”, gdy zrobiliśmy [w 1995 roku] płytę „Insomniac”, wszyscy myśleli, że jesteśmy skończeni [Billie nakreśla ręką falę]. Ale ja kocham tworzyć płyty. I będę dalej to robił.

Czy Twoi synowie kupują płyty? Czy są może chłopcami typu pobierz-i-słuchaj-na-Spotify? 

Używają iTunes, ale mam wspaniałe przeżycia związane z moim młodszym synem. Kupiłem nowy gramofon, wziąłem ten stary i zapytałem „Hej, Jakob, chcesz może adapter?”. Odpowiedział „Tak!”. Uwielbia The Strokes, więc złapałem ich płytę i poszliśmy to jego pokoju. Położył płytę, podniósł igłę i zapytał „Gdzie mam zacząć? Na tej małej linii pomiędzy?” [śmiech] Opuścił igłę, usłyszeliśmy piosenkę… [uśmiecha się] To było wspaniałe! Wydarzenie roku.

Opisz swój pierwszy tydzień na odwyku w domu. 

Przechodziłem przez głód narkotykowy. To było przerażające leżeć na podłodze w łazience i czuć się jak… [pauzuje]. Nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo to wszystko na mnie wpływało. I tu w cale nie chodzi o substancje, które niedawno zażyłeś. To [oddziaływanie] wraca tak długo, jak długo ich używasz. One działały, dopóki we mnie pozostawały.

Przechodziłem przez wielkie gówno. Nawet w drugim tygodniu myślałem „Nie należę tu. Nie jestem pewien.” Najgorsze jest to, że chciałem się pozbyć z organizmu wszystkich narkotyków, abym mógł zacząć pić. Ale to jest właśnie cały ten obłęd. Usprawiedliwiasz się, racjonalizujesz, aż w końcu jesteś w stanie wyjść po gównianą pocztę. To nie oznacza, że to są odpowiednie rzeczy do zrobienia.

Rozmawiałeś z Mike’m albo Tré’em podczas odwyku? Wiedziałeś co oni czuli? 

Mieliśmy pół-kontakt. Myślę, że Tré się bał. Mike był wkurwiony. Jak tylko wróciłem do domu po Las Vegas, powiedział mi coś. Wszystko w trzech czy czterech zdaniach: „Przerażasz mnie. Rozpierdalasz swoje życie. Rozpierdalasz życie wszystkich dookoła. Musisz zebrać się z tym gównem do kupy.”

Dobre jest to, że znamy się tak długo, że możemy się tak zachowywać i nie dostać po mordzie. Po jakiś trzech i pół tygodniach [na odwyku] zacząłem wychodzić do cukierni na kawę. No i oczywiście, któregoś dnia pojawia się tam Mike Dirnt. Usiedliśmy i naprawdę porozmawialiśmy. Ja i Mike przyjaźnimy się od kiedy mieliśmy po 10 lat. Czasami Green Day nam zawadza, bo jesteśmy oboje mocno zaangażowani w zespół.

Czy to było trudne dla twojej żony i synów, bycie w domu, przyglądanie się tobie, gdy byłeś na głodzie? 

Całkiem nieźle wychodziło mi trzymanie się z daleka od moich synów. Psy mi się przyglądały i zastanawiały się, co ja robię. Potrafią to wyczuć. Mogłem iść do ośrodka, ale tak mogłem być w pobliżu rodziny. A moja żona nie pije. Nigdy nie piła. Nie lubi smaku czy zapachu.

Była twoją osobistą pielęgniarką? 

Nie. Miałem pielęgniarkę, która przychodziła i pilnowała czy nie dostaję ataków albo czegoś takiego. Ale Adrienne jest silna. Rozumiała o co chodzi. Jestem pewien, że to było dla niej trudne, patrzeć jak przez to wszystko przechodzę. Myślę, że można powiedzieć, że były pewne decyzje, które musiała podjąć.

Na przykład? 

Czy powinna mnie wyrzucić do jakiejś kliniki pod nadzór? To na pewno przyszło jej na myśli – gdybym nie rzucił, mógłbym stracić wszystko. Mogłem stracić nawet zespół. Nie zdawałem sobie sprawy, jak wszystko niszczyłem. Wydawało mi się, że dla wszystkich to tylko żart, dobra zabawa. Ale ja sam byłem żartem.

Teksty na „¡Uno!”, „¡Dos!” i „¡Tré!” są pełne nawiązań do niebezpiecznych ekscesów i kryzysu wieku średniego. „Amy” jest o zmarłej piosenkarce, Amy Winehouse. Napisałeś „X-Kid” o przyjacielu, który nigdy nie dowiedział się jak to jest, być punkiem w średnim wieku. Czy świadomie pisałeś te piosenki o sobie? 

Jasne. Koleś od „X-Kid” zginął przez takie same nawyki, jakie miałem ja. „¡Uno!” jest zdecydowanie esencją zdania „Jesteś młody, bądź wolny.” Drugi album to kryzys wieku średniego i „Chcę żyć niebezpiecznie, bo wcześniej tego nie robiłem.” I trzecia płyta to odbicie rzeczywistości. Żyję w ten sposób od kiedy skończyłem 17 lat.

Byłeś trzeźwy, gdy pisałeś „Amy”? 

Byłem na mocnym leku. Byłem trzeźwy, ale nie byłem czysty. Gdy zobaczyłem, co się z nią stało – coś mnie tknęło, aby napisać tę piosenkę. I piszę zbyt często o ludziach, którzy odeszli. Myślę, że zrobiłem to trzy razy: „X-Kid”; ta o moim tacie, „Wake Me Up When September Ends” [na American Idiot]; i „Amy”.

W pewien sposób jestem praktycznie niewrażliwy na śmierć, bo zetknąłem się z nią bardzo wcześnie. Cała moja rodzina jest sporo ode mnie starsza i miałem wielu znajomych którzy popełnili samobójstwo, zginęli w wypadkach po pianemu, powiesili się. Więc, śmierć zawsze była z moim życiu. [pauza, ponury śmiech] To brzmi naprawdę śmiesznie.

Ale jeśli się przyjrzeć, o uzależnieniach pisałem od zawsze. To jakby druga strona mnie mówiąca „Mówiłem ci, że to gówno cię wciąga. A ty nie brałeś tego, kurwa, na poważnie.”

Możesz podać przykłady piosenek, które były bardziej autobiograficzne niż ludzie przypuszczają?

„Hitchin’ a Ride” [z Nimroda] to jedno. I „Lazy Bones” z ¡Dos! – ta piosenka podnosi mnie na duchu, sama myśl o niej. „Little Boy Named Train” [z ¡Tré!] – jest rzeczywiście o mnie. Jest o byciu zagubionym. Kiedy byłem dzieckiem, cały czas się gdzieś włóczyłem i nie całkiem miałem pojęcie gdzie akurat byłem. Gubiłem się we własnych myślach.

Tré kiedyś opisał cię jako „utalentowanego i udręczonego” – powiedział, że twój umysł jest „jak 18-letni magnetowid grający na okrągło”. Takie przebudzanie się do działania sprawia, że możesz nagle napisać na raz trzy albumy w bardzo krótkim czasie.

To też znaczy, że bywam humorzastym dupkiem i zapijaczonym wrakiem. Przez te akcje zacząłem brać dragi: mogłem je zatrzymać. Teraz muszę znaleźć inny sposób, aby to zastopować.

Miałeś klinicznie zdiagnozowaną bezsenność? Przecież nazwałeś jedną ze swoich płyt „Insomniac.” 

Nigdy nie miałem diagnozy. Wiem tylko, że nie śpię za dobrze nocami. Zaśnięcie zajmuje mi trochę czasu. Może po prostu jestem nocnym markiem. Mam swoją godzinę w środku nocy, taką godzinę duchów kiedy się relaksuję, słucham muzyki albo oglądam telewizję. To było najgorsze jeśli chodzi o wychowywanie małych dzieci – próby dopasowania się do ich trybu, a później walka o sen, kiedy one śpią.

Były jakieś przypadki alkoholizmu w twojej rodzinie? 

Naprawdę nie mam ochoty o tym rozmawiać. [Długa pauza] Powiem tylko, że dorastałem w domu miłości i chaosu. Pamiętam, że to widziałem. Wiem, że to tam było. Ale w pewnym momencie przestałem się tym w ogóle przejmować.

Jak mógłbyś opisać twój wczesny punk rockowy styl życia, kiedy mieszkałeś razem z Tré’em przy ulicy Ashby w Berkeley? 

Mieszkaliśmy z zespołem East Bay Weed Company [śmiech]. No, to było mnóstwo piwa i palenia trawki.

Ile czasu sobie wygospodarowałeś na pisanie i granie muzyki?

To było cały czas. Przynajmniej pół „Dookie” tam powstało. Mike mieszkał na tej samej ulicy, mogliśmy się spotykać dwa lub trzy razy w tygodniu. Zawsze wtedy jammowaliśmy.

Było w tym wiele nihilizmu. Dzieciaki, które porzuciły szkołę, ludzie, którzy czuli się jak wyrzutki – oni wszyscy należeli do tej sceny. Rzeczy jak zadrapania, kiepskie tatuaże, wciąganie metaamfetaminy – nikt nie myślał, że to uzależniające zachowanie. Wiedzieliśmy, że wszyscy to robili, więc my też to robiliśmy.

Byliśmy u kogoś w domu na imprezie, gdzie grały zespoły. Ktoś miał speeda, więc i my go braliśmy. Potem zaczynałem pisać, gdy wracałem do domu. To nie była konieczność. Piosenki już tam były. Potrzebowałem tylko odwagi. Zawsze był strach, nawet gdy nagrywaliśmy „American Idiot”.

Czego się boisz?

Głos w mojej głowie mówi mi „Wydaje ci się, że kim jesteś? Dlaczego napisałeś piosenkę typu ‚Holiday’, podczas gdy rzuciłeś szkołę średnią?” Myślę, że część mnie wywodząca się z klasy pracującej wychodzi na jaw. Czasem pyskaci ludzie są ponad klasowi, są ponad średnią klasą. Najcichsi to klasa pracująca, ludzie, którzy są bez grosza. Tam gdzieś jest strach przed utratą wszystkiego, co masz. Pochodzę właśnie z takiego środowiska.

 Rzeczywiście, „American Idiot” jest najbardziej tematyczną i szczerą płytą, jaką kiedykolwiek napisałeś.

To był inny strach. Jeśli nie powiem tego teraz, gdy mam trzydzieści jeden lat, to czy kiedykolwiek to uczynię? To coś, co musiałem zrobić. Jeśli jestem prawdziwy, to muszę to, kurwa, powiedzieć.

„Dookie” została wydana w tym samym roku, w którym umarł Kurt Cobain. Eddie Vedder z Pearl Jam publicznie walczył ze swoją popularnością, a Scott Weiland ze Stone Temple Pilots toczył walkę z uzależnieniem. Jak ty uporałeś się z nagłym sukcesem? 

Pochodziliśmy z takiego punk rockowego tła – „gwiazda rocka” była czteroliterowym słowem. To były trudne czasy. Potem, było to jak „Człowieku, czy ty to lubiłeś? Czy ja w ogóle tam byłem?”. Uwielbiałem patrzeć na rosnące tłumy, ekscytację ludzi śpiewających każde słowo. Ale my czuliśmy większy sprzeciw niż wszystkie pozostałe zespoły razem wzięte. Szczerzę w to wierzę. Pochodząc z Gilman Street i maksymalnie rock’n’rollową erę zespołów, które z gruntu były skierowane od prostych ludzi do prostych ludzi, to co zrobiliśmy, było prostym bluźnierstwem: stanie się gwiazdami rocka.

Kiedy ostatecznie poczułeś się komfortowe ze swoją sławą? 

Około „Insomniaca”. Bałem się chodzić po scenie. Gdybym szedł na spacer do tej części widowni, to oznaczałoby, ze jestem dupkiem. To było takie samo-otrzeźwianie. Potem w erze „Nimroda” znów zacząłem pić. To było jak „Pieprzyć to, Jestem w tym naprawdę dobry”. Zacząłem podnosić moje ręce, kazać ludziom, by klaskali. Odkryłem, że to jest to, czego chcieli. Chcieli dobrze spędzić czas, a ja byłem świetny w dyrygowaniu tłumem.

To wszystko nawarstwiało się aż do „American Idiot”. To wszystko doprowadziło mnie od tego jak jeszcze nie miałem 32 lat do tego jak aktualnie o sobie mówię, i że mówię to z pewnością w głosie.

Wygląda na to, że, ironicznie, alkohol pomaga? 

Tak, Nie pamiętam dokładnego miejsca ale graliśmy w Austin, w Teksasie. Koncert na 2 tysiące ludzi. Byłem zdenerwowany, To tam zdecydowałem się zacząć pić przed koncertami. Rozpocząłem 2 piwami. Potem okazało się, że wyszło więcej. „Płynna odwaga” – to sprawiło, że byłem rozluźniony i miałem wszystko gdzieś.

Jako dziecko punk-rocka, kto był twoim idolem z rockowych upadających gwiazd – Hendrix, Joplin, Morrison? Czy utożsamiałeś się z nimi, czy uważałeś za dziwactwa?

Kochałem the Doors. Myślę, że Morrison jest pierwszą prawdziwą gwiazdą rocka. Byli ludzie jak Little Richard, którzy robili okazałe rzeczy. Ale Morrison podniósł to na inny poziom, będąc poetą, elegancko urżnięty. Kiedy to wszystko zaczęło się pieprzyć, próbował znaleźć nową świadomość. Był śpiewającym Bukowskim.

Ale to niebezpieczne miejsce. Kiedy słucham nagrania the Doors, sprawiają, że chcę się najebać. Szczególnie piosenka jak „Roadhouse Blues” – „Obudziłem się rano, wypiłem piwo”. To ostateczne „pierdol się” skierowane do społeczeństwa, do każdego rodzaju normalnego życia. I przeżywasz to przez alkoholizm. To był czas, kiedy żyłem według tych słów i prawie przez to umarłem.

Wróciłeś znów do pisania piosenek? 

Piszę riffy gitarowe. Sięgam do melodii, które słyszę w głowie i zapisuje je tutaj [podnosi swojego iPhone’a] no i zawsze piszę teksty.

Czy możesz wskazać różnicę w sposobie pisania ze względu na ostatnie doświadczenia? Czy pracujesz nad „odwykowym” albumem? 

To zbyt wcześnie. Czuję, że muszę poczekać, aż to nadejdzie. Nie chcę wskoczyć i zostać przytłoczonym. W tym czasie mogę napisać jedną piosenkę o tym. Ja chcę pisać dobre piosenki, które ludzie kochają, a co jest trudne do zrobienia. Byłoby świetnie, by stworzyć kolejną rock operę, używając więcej amatorszczyzny. Lubię garażowo brzmiące nagrania. Pragnąłbym zrobić więcej materiału z Green Day, który w 100 procentach będzie na żywo. Czasami marzę, żebyśmy mogli nagrywać nasz ostatni album w ten sposób – jak Exile on Main St., gdzie słyszysz tylko kilka dobrych nut i do przodu.

Jedyną rzeczą, której nie mogę robić, jest robienie czegokolwiek do dupy. Chcę być pewnym, ze wszystko jest w porządku, że piosenka jest całkowicie zrealizowana. Myślę o pierwszych albumach Ramones i the Clash – są świetnie zrobione i dobrze zagrane. Możesz prawie usłyszeć ich jak robią próbę w pokoju. Możesz powiedzieć, jak szybko płynie czas, kiedy przyspieszysz Clashową „Sandinista!”. Doskonale wiesz, jak to wszystko zrobili w studio

Aktualnie pierwszy album the Clash był produkowany, przez ich własnego dźwiękowca.

Tak! To wspaniałe nagrani. Chcę być pewny, ze kiedy się rozwiniemy dalej będziemy brzmieć jak jednostka.

Więc możesz sobie wyobrazić robienie tego – bycie w Green Day – z pięćdziesiątką na karku? 

Tak

Z sześćdziesiątką? 

O tak, bez przerwy!

Bierzesz teraz przykład dla siebie The Rolling Stones? 

Wspaniałą rzeczą w Stonesach jest to, że zostali starymi bluesmanami. Widziałem ich na 12-12-12 Show – zdmuchnęli wszystkich ze sceny. Byli bardzo inspirujący. I popatrzmy teraz wszyscy jak białe są włosy Keith’a Richardsa….

Wkrótce wrócicie do koncertowania. Czy ty, Mike i Tre musicie pogodzić się z kilkoma zmianami i zasadami – takimi jak brak alkoholu po koncertach – żebyś mógł zachować swoją trzeźwość? 

Nadal musimy o tym porozmawiać. Wszyscy wiedzą, ze to nadchodzi 0 co powstrzyma mnie od powrotu do picia, gdzie wszyscy są szczęśliwi w tym samym czasie.
Czasami nie jestem pewny, czy jestem gotowy. Nadal jest obsesja z alkoholem. Oraz bezsenne noce. Ale muszę nad tym pracować każdego dnia. Bo wiem, co będzie się tam wyprawiać. Jestem gospodarzem tego wielkiego przyjęcia. 70-75 procent ludzi z widowni będzie piło. Musze uważać na każdy ruch.

Kiedy kolejny raz będziesz chciał drinka, co zrobisz zamiast niego? 

Najprawdopodobniej wybiegnę na zewnątrz, zawołam taksówkę, wrócę do mojego pokoju hotelowego i napije się wody sodowej. Najprawdopodobniej piwo korzenne. Kocham je!

 

Tłumaczenie: Aleksandra, Jaszczurka, Sweet child, Watson

Watson

Kiedyś przypominał punka, aktualnie ewoluowała w informatyczną formę korposzczura. Zielonego korposzczura. Grafik amator, czujący miętę do bezpieczeństwa IT. W wolnym czasie zbiera zdjęcia Greena, koncentrując się na skarpetkach i sukienkach Billiego oraz włosach Jasona. Dodatkowo zabija różne stwory w Fereldenie, Temerii i Fearunie.